poniedziałek, 7 lipca 2014

rozdział 4

Już 7.00, muszę wstawać! Wszystko na szybko, aby nie spóźnić się na lotnisko. Wyjechaliśmy spod naszego małego domu. Do bagażu podręcznego wzięłam : książkę o stworzeniach mitologicznych, tablet, wodę i oczywiście ten biały zegarek. Dojechaliśmy na lotnisko. Wzięłam torbę (walizkę) i poszłam do budynku. Tam (jak zawsze) był tłok, pełno ludzi i zamieszania. Razem z tatą czekaliśmy, chyba godzinę na odprawę. Gdy wreszcie przyszedł ten wyczekiwany moment, ustawiliśmy się w mega długiej kolejce. Dobra mój bagaż sprawdzony, teraz tylko przejść przez to coś co wykrywa metal i po sprawie. Ech wiem, że zaraz powiecie mi, że mam zbyt dużą fantazję, ale to wszystko wydarzyło się naprawdę.
.
.
.
-Dziewczynko, podaj mi paszport i przejdź o tutaj (wskazała na to urządzenie). - rzekł, któryś z tych panów w mundurach. Akurat ten wydał mi się dziwny, miał dziurawy but i głos, który znałam. Ale to na pewno moja wyobraźnia.
-Dobrze, proszę pana.- odpowiedziałam i podałam mu dokument, a to był błąd.
-o Lissa piękne imię. Przejdź przez urządzenie.- pierwsze zdanie powiedział sarkastycznie, drugim natomiast dał mi do zrozumienia, że nie mam wyboru.
-mhm.- zrobiłam to, co kazał. Maszyna wydała charakterystyczny dźwięk i zaświeciła na czerwono. No nie, dlaczego!? Przecież nie mam biżuterii, paska- nic metalowego. Zaraz, zegarek! Zapomniałam go zdjąć, ten facet to zauważył i rzekł:
-zegarek, podaj mi go!
- ale po co on panu? -tak ja, cała ja, mogłam siedzieć cicho.
-dawaj mi go, albo pożałujesz, że żyjesz! - zaczął się drzeć.
- już żałuję. Proszę.- podałam mu biały zegarek. On przyglądał się uważnie urządzeniu, aż w końcu powiedział:
-muszę go skonfiskować!- czy on sobie ze mnie kpi? To mój zegarek, nie oddam go tak po prostu!
-nie ma pan podstaw do jego zabrania, masz mi go oddać!- teraz to się wściekłam, kopnęłam go w nogę.
Facet zdjął mundur i przemienił się w potwora. Miał 150 centymetrów wzrostu, ciało pokryte śluzem, ale co najgorsze nie miał nóg ani rąk- miał macki. Myślałam, że zemdleję na ten widok, ale później stało się coś magicznego. Zegarek znalazł się na moim lewym nadgarstku. Nacisnęłam guzik A, zegarek stał się mieczem ze spiżu. Rozpoczęłam pierwszą walkę na śmierć i życie. Zamachnęłam się i odcięłam potworowi jedną z czterech macek. Stwór stracił równowagę, a ja wykorzystałam to i przebiłam na wylot klatkę piersiową! Zabiłam go. Po tym wszystkim wsiadając do samolotu stwierdziłam, że oszalałam.

niedziela, 6 lipca 2014

rozdział 3


Łał, już piątek. Oznacza to, że jutro lecimy do New York'u! Nawet nie wiecie jak się cieszę, bardzo bardzo bardzo. Już się spakowałam, nic ciekawego. Wzięłam pełno ubrań, książki o mitologii greckiej, biały zegarek i to na tyle. Tata, powiedział, żebym się dobrze wyspała przed podróżą. I może by się to udało, gdyby nie te przeklęte dziwne sny.
.
.
.
Znalazłam się w tym samym domu, co w poprzednich snach. Było tu okropnie: śmierdziało pleśnią; na każdej ścianie były pajęczyny; podłoga się załamywała, a deski skrzypiały. Najgorsze z tych wszystkich okropności była jednak temperatura, było tam około -20 stopni, poprostu zamarzałam. Zaraz, zaraz jeszcze te dziwne postacie obok stołu. Było ich dwoje, jeden wyższy ode mnie, obślizgły z mackami, a ten drugi niski, z dwiema głowami. Ten drugi, niższy nagle spojrzał dokładnie w miejsce, w którym stałam. Sparaliżowało mnie. Na szczęście to coś odwróciło się i zaczęło rozmawiać z tym innym. Znów mieli jakiś papier,plan, mapę. Nie umiałam zauważyć dokładnie. Nagle rozppczęli dyskusję:
-Dawaj lalke, to poromawiamy poważnie!- rzekł wyższy.
-Spokojnie, bez nerwów.- odpowiedział drugi.
-Masz jeszcze 15 dni, jeżeli nie dostanę tego czego oczekuję, zgniesz.
-yy, tylko 15 dnia, och aż 15 mhm, ależ, och jasne, nie, nie hmm.- po mniejszym potworze, widać było zdenerwowanie i zakłopotanie.
-pamiętaj, Lisa nic nie może wiedzieć, NIC!
.
.
.
Tata obudził mnie o pierwszej w nocy. Podobno zaczęłam krzyczeć przez sen- żadna nowość. Jeju, nie wiem co myśleć. Te sny są coraz gorsze, ale czemu ja mam z tym coś wspólnego!?